ACTA to nie cenzura. Czego naprawdę dotyczą protesty?
Przez Polskę przetacza się tsunami opinii na temat ACTA. Wypowiadają się wszyscy, jednak często zamiast rzetelnych informacji dostajemy półprawdy, chwytliwe slogany i przekonanie, że niebo właśnie spada nam na głowy. Jak jest naprawdę?
Uprzedzając głosy krytyki: nie uzurpuję sobie prawa do wyłączności na słuszność i nie uważam, że każdy, kto sądzi inaczej, błądzi. Obserwując, jak w polskim wykonaniu wygląda debata publiczna związana z ACTA, mam jednak kilka spostrzeżeń. To mój głos w dyskusji i próba odniesienia się do pytania: o co w tym wszystkim chodzi?
ACTA i cenzura
Jednym z czołowych argumentów podnoszonych przez przeciwników niesławnego porozumienia jest ten, że ACTA to cenzura Internetu. Nawiązywały do tego czarne toplayery, które pojawiły się 24 stycznia na wielu polskich stronach. Czy rzeczywiście tak jest?
To popularna teza, która urosła wprawdzie do rangi głównego zarzutu, ale nie znajduje poparcia w rzeczywistości. Aby to dostrzec, wystarczy ze zrozumieniem przeczytać dokument. Dokument, a nie groźne filmiki na YouTube czy gniewne opinie. Krytykując ACTA, trzymajmy się faktów.
Mam wrażenie, że wielu dziennikarzy i blogerów o tym zapomina i krytykuje nie ACTA, ale swoje wyobrażenie na temat tego dokumentu. W czym zatem tkwi problem?
ACTA i prawo
Problemem jest przede wszystkim ogólnikowość porozumienia, dająca bardzo szerokie pole do interpretacji. Znając polityków, należy się obawiać, że ogólny charakter ACTA zostanie uszczegółowiony w prawie krajowym w niekorzystny dla wolności słowa sposób.
Co więcej, ACTA oznacza również utrudnienia dla działających w Sieci przedsiębiorców – to na właścicieli serwisów internetowych zostanie przerzucona odpowiedzialność za treści publikowane przez użytkowników.
W gruncie rzeczy to nie ACTA jest największym problemem, tylko interpretacja obowiązującego prawa. Te same przepisy mogą być podstawą do postawienia zarzutów niemal każdemu internaucie albo tylko nielicznej grupie. Niestety, podpisanie i ratyfikacja ACTA może spowodować zaostrzenie prawa lub mniej korzystną z punktu widzenia wolności wypowiedzi jego interpretację.
Poza tym, czy nie jest naiwnością przekonanie, że aby zamknąć dowolny serwis internetowy albo postawić każdemu z nas zarzut piractwa, wymiar sprawiedliwości potrzebuje ACTA?
Wystarczy przywołać takie sytuacje, jak zamknięcie serwisu OdSiebie, nadgorliwość prokuratury zmieniającej cywilne powództwo w proces o znieważenie funkcjonariusza publicznego czy słynną sprawę twórcy strony AntyKomor, którym zajęła się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
To realny problem. Nie jest nim jednak – przy obecnym stanie prawnym – utożsamiana z ACTA cenzura. I jeszcze jedno: nie zapominajmy, że aby zmienić prawo na bardziej restrykcyjnie, nie potrzeba ACTA.
Wikipedia za darmo w sieci Orange. Niestety, nie w Polsce
ACTA i polityka
Niestety, pisząc o ACTA, nie sposób nie sposób pominąć zagadnienia, od którego wielu przyzwoitych ludzi stara się trzymać z daleka. Będę używał ogólnego określenia „politycy”, sądząc, że poza różnicami wynikającymi z doraźnego interesu i walki o wpływy polscy prawodawcy są niemal identycznie bezideowi i pozbawieni kręgosłupa moralnego.
ACTA to kompromitacja polityków przygotowujących porozumienie w taki sposób, jakby nie byli wyrazicielami naszej – wyborców – woli, ale szajką spiskowców szykujących w sekrecie zamach. Paradoksalnie to właśnie politycy w pełni zasługują na maski Guya Fawkesa, choć w ich przypadku z pewnością nie jest to powód do chwały.
Chaos informacyjny, jaki zapanował, gdy kwestia ACTA została nagłośniona, kolejny raz wystawia politykom mierną ocenę. To, że zabierają głos przed kamerami, nie znaczy, że wiedzą, o czym mówią. Mamy zatem sprzeczne wypowiedzi, lekceważenie okazane obywatelom czy w końcu szczyt hipokryzji w postaci poparcia ACTA w europarlamencie podczas głosowania 24 listopada 2010 roku, a następnie krytyki – przez te same partie – tego porozumienia w Polsce.
Zamiast komentarza sądzę, że każdy z nas ma prawo zacytować swojemu ulubionemu politykowi słowa kapitana Wagnera z filmu „CK Dezerterzy”:
Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić pańskie postępowanie.
Zuckerberg maluje graffiti na facebookowej ścianie [wideo]
ACTA i hakerzy
Dyskusja na temat ACTA rozgorzała na dobre po tym, gdy przestały działać strony rządowe, a odpowiedzialność za ich awarię wzięli na siebie Anonimowi. Choć kwestia przyczyny i skutku nie jest w tym przypadku jednoznaczna (pisałem o tym w artykule na temat niedostępności stron rządowych), w jednym muszę haktywistom przyznać rację: sprawili, że nie dało się zamieść ACTA pod dywan i na temat porozumienia rozgorzała dyskusja. Jestem im za to wdzięczny.
Niestety jest też druga strona medalu. Wyrażając wdzięczność za zwrócenie uwagi na problem, nie mogę poprzeć działań, wymierzonych w administrację mojego kraju. Atakowane strony zostały stworzone za publiczne pieniądze – zrzuciliśmy się na nie wszyscy.
Ataki, w wyniku których te strony stają się niedostępne, to niszczenie dobra wspólnego. Do tego zupełnie nietrafione, bo niedostępność oficjalnych informacji bywa dotkliwa dla obywateli, a nie dla rządzących. Oni nie potrzebują tych stron. To nie im hakerzy utrudniają życie. Przypuszczam, że dla ministrów wiadomość o awarii strony ministerstwa jest równie dotkliwa, jak dla nas informacja o zhakowaniu witryny nieistniejącej gminy Kraszewniki:
Ataki można rozpatrywać również pod innym kątem – bezpieczeństwa informatycznego kraju, który nie potrafi oprzeć się grupie aktywistów. Można sobie wyobrazić, co byłoby, gdyby na ich miejscu znalazło się dysponujące zasobami i zespołem profesjonalnych hakerów, chcące zaszkodzić Polsce, wrogie państwo.
Haktywiści obnażyli przy okazji zerową wiarygodność polityków, bez cienia wstydu udających, że żadnych ataków nie było, a jeśli nawet były, to wysokiej klasy rządowi specjaliści radzą sobie z nimi bez problemu. Regularne, choć nie zawsze uzasadnione TANGO DOWN pojawiające się co kilka godzin na Twitterze, to dobry komentarz w tej sytuacji. A ponieważ to nie felieton o polityce, skończę ten wątek w tym miejscu.
ACTA i przemysł rozrywkowy
Piractwo rozumiane jako kradzież własności intelektualnej jest złe, tak samo jak złe jest wybicie komuś szyby czy kradzież zegarka. Jest jednak druga strona medalu. Jak trafnie zauważył specjalizujący się w prawie autorskim były przewodniczący organizacji Creative Commons profesor Lawrence Lessig – jeśli całe pokolenie jest kryminalizowane przez prawo, to raczej z prawem jest coś nie tak. Trudno nie zgodzić się z tą opinią.
Warto jednak pamiętać, że piractwo jest niezgodne z prawem już teraz. Ściągasz z torretów? Łamiesz prawo. Z punktu widzenia użytkownika ACTA niczego tu nie zmienia.
Niestety, ci, którym powinno zależeć na ograniczeniu piractwa, wydają się nie robić nic – poza karaniem i restrykcjami – by zapobiegać temu zjawisku. Prowadzi to do absurdalnych sytuacji, gdy kupując oryginalny film, dostaje się przy okazji symbolicznego plaskacza w twarz od wydawcy i dystrybutora. Dlaczego?
Aby obejrzeć kupiony za niemałe pieniądze film, trzeba często zobaczyć najpierw idiotyczną reklamę, jeszcze bardziej idiotyczny (w tym miejscu) komunikat o szkodliwości piractwa, a następnie przejść przez niewygodne menu.
Film z torrentów jest nie tylko tańszy, ale oferuje więcej, nie zmuszając do oglądania przeszkadzajek, na które nikt nie ma ochoty. Do tego jest dostępny szybciej od legalnej wersji. Albo – jak w przypadku wielu seriali – w ogóle jest dostępny.
Polski blackout. Internet protestuje przeciwko ACTA
ACTA i model dystrybucji
Internauci nie mają nic przeciwko płaceniu za treści – wystarczy tylko dać im taką możliwość, zachowując przy okazji sensowną cenę. Sukces iTunes nie jest przypadkiem, to odpowiedź na rzeczywiste zapotrzebowanie, podobnie jak np. Spotify.
Oczywiście byłoby naiwnością sądzić, że już teraz wszyscy chcą zapłacić za coś, co mogą mieć darmo. Jak podaje Dziennik Internautów, aktualne badania polskich internautów wskazują, że do kupowania legalnych treści chętny jest jedynie co piąty z nas. Warto pamiętać, że badanie dotyczy obecnej sytuacji z aktualną, marną ofertą.
Jeśli jednak płacenie nie będzie uciążliwe, a legalnie kupione treści będą pod względem jakości i wygody użytkowania (DRM!) co najmniej porównywalne z pirackimi, sądzę, że odsetek ten może zacząć rosnąć. Wzrostowi z pewnością będzie sprzyjało przeświadczenie, że nabywca swoją gotówką wspiera przede wszystkim twórcę dzieła, a nie długi łańcuch pośredników.
Wielkie wytwórnie, zabetonowane w swoich pamiętających czasy świetności Franka Sinatry i Elvisa Presleya modelach dystrybucji, wydają się ignorować ten fakt. Zamiast wyjść do ludzi i zacząć zarabiać na dostarczaniu treści w nowoczesny sposób, upierają się przy modelu biznesowym bazującym na fizycznych nośnikach czy całych albumach w postaci cyfrowej i lobbują na rzecz bardziej restrykcyjnego prawa. SOPA, PIPA, ACTA? Nie tędy droga.
SOPA, PIPA, ACTA. Dlaczego przepisy antypirackie wywołują tyle kontrowersji?
… i na koniec
Treść ACTA znajdziecie m.in. na tej stronie, a warte uwagi, dodatkowe materiały zostały zebrane w tym miejscu. Nie polegaj na opiniach innych ani na moim artykule – zadaj sobie odrobinę trudu, przeczytaj i wyciągnij własne wnioski. Być może Twoje przemyślenia będą diametralnie różne.
-
maciuś
-
buba
-
*DIP*
-
Anonim
-
Anonim
-
Edek
-
Ja
-
Noname
-
Niedlaacta
-
Anonim
-
rrrAG
-
Yaa
-
Miknaz
-
Mihau
-
SieLi
-
http://www.dalicje.pl/ MS1
-
THC
-
bezduszny
-
Miknaz
-
Miknaz
-
anonim
-
Fordziq
-
Gość
-
10M









![Mozilla lepsza od Microsoftu! 7 mln pobrań Firefoksa 4 w 24 godziny [akt.]](http://s1.blomedia.pl/vbeta.pl/t/135x84/2011/03/496lisek-135x84.jpg)







